Szachty

Szachty, nowe łowisko na mapie wielkopolskich łowisk karpiowych. Nowe a zarazem stare. Stare bo woda, która przez lata była gospodarowana przez PZW, skrywa zapewne nie jedną tajemnice. Woda raczej nie należy do wód łatwych, nie jest to zbiornik o równym dnie, są dziury, jest rów, kilka wysepek, sporo roślinności – jednym słowem królestwo ryb!

Po udanej jesiennej zasiadce na dębinie kończącej sezon 2015 z utęsknieniem czekałem na moment, kiedy w końcu gdzieś usiądę. Wybrałem właśnie Szachty, po pierwsze dlatego, że nie miałem jeszcze przyjemności tam łowić, po drugie chciałem choć trochę rozpoznać wodę przed kwietniowymi zawodami naszego teamu. Pogoda nie rozpieszczała ale wiadomości z nad wody były pozytywne, więc nie czekając na sprzyjające warunki, gospodaruję 2 doby, dzwonię, rezerwuję i jestem nad wodą.

Temperatura powietrza w dzień 7 stopni, temperatura wody 5,2, zimny wiatr typowa marcowa pogoda w pierwszej chwili przypominają mi się słowa polskiej piosenki „co ja robię tu…” ale z drugiej strony nad wodę ciągnie mnie jak magnes. Po rozbiciu namiotu i przygotowaniu sprzętu w końcu zestawy lądują w wodzie. Mijają 3 godziny, niewierze mam pierwsze branie! Po spokojnym krótkim holu, karp ląduje w podbieraku, waży 5,800g. Nie jest okazałych rozmiarów, ale pierwsza ryba w sezonie jak i pierwsza ryba z nowo poznawanego łowiska równie cieszy. Do wieczora mam jeszcze kilka brań z czego największy na macie melduje się karp o masie 8,3kg.

Noc upływa w spokoju. Nie często mamy taką sytuację, że ryby biorą w dzień a w nocy dają pospać. Być może jest to przyczyna pory roku, być może łowię w takim miejscu, sam nie wiem, nie myślę o tym, cieszę się że w ogóle biorą. Następnego poranka wstaje o 6.20, spać nie mogę, jak bym coś przeczuwał, ubieram się i wychodzę z mojej „kwatery”. Ledwo co wyszedłem, słyszę i widzę piękny odjazd, szybkie przycięcie i siedzi. Ryba idzie dość łagodnie, natomiast im bliżej brzegu zaczyna się ostra walka. Wydawało mi się, że w tak zimnej wodzie ryba jest ospała, myliłem się, walka jest na całego, męczę się dobre 10 minut a ryby nie mogę doholować. W końcu za pomocą kolegi Andrzeja ryba ląduję w podbieraku, dzięki Andrzej. Piękny pełnołuski o wadzę 13,5kg melduje się na macie!

Do południa cisza. Minęło południe i nagle delikatnie branie, zacinam i czuję słodki ciężar. Zacinam i zaczyna się jazda! Nie często po zacięciu z 200m od razu mamy odjazd a tak było tym razem, zaciąłem branie, wędka wygina się w pałąk i po chwili żyłki z kołowrotka zaczyna szybko ubywać. Powoli ale jednostajnie, żyłka schodzi z kołowrotka. Czuję, że cokolwiek to jest to do brzegu na pewno tego nie doholuję. Szybka decyzja i płynę po rybę. Na wodzie ryba wozi nas tu tu, to tam nie odrywając się od dna, pływamy z nią dobre 20-30 minut w końcu się poddaje, mamy ją, kolega Mariusz Szulc, zwinnie podbiera „krokodyla”, Mariusz jeszcze raz za pomoc Bardzo Ci dziękuje! Jesiotr waży równe 17kg.

Może teraz kilka słów o „jedzonku”. Dwa zestawy postawiłem na słodko a jeden na śmierdząco, śmierdziel zdecydowanie wygrał, ale pewnie z upływem czasu do głosu będą dochodzić słodkości. Zanęty użyłem nie wiele, klika pokruszonych kulek, do tego 3-4 kulki w całości i odrobina peletu 8mm truskawka-ryba. Na włos postawiłem na kulkę o nazwie „kaligula” firmy INVADER. Jest to kulka o smaku kałamarnicy. Jak widać o wyniki nie musiałem się martwić. W sumie przez 2 doby miałem 9 brań z czego 6 ryb wylądowało na macie, łącznie 56,2kg.

I na koniec małe podsumowanie. Nie ma co nigdy martwić się o aurę, mimo, że pogoda o tej porze roku przeważnie nikogo nie rozpieszcza to jednak zawsze warto zaplanować wyjazd na pewny zbiornik. Jak widać przy tak zimnej wodzie również ryby biorą i to nie zawsze takie małe. Pamiętać należy jedynie o jednej zasadzie; towaru do wody nie za wiele, ale za to coś konkretnego. Zapraszam wszystkich do zmierzenia się z tym łowiskiem – naprawdę warto!

Rafał Nowak